Witam, witam :)
Dziękuję Wam za tyle pozytywnych komentarzy pod poprzednim rozdziałem. Jesteście cudowne. Dzięki Wam rozdział jest dłuższy od poprzedniego - ma trzy strony. Dotychczas zawsze pisałam króciutkie rozdzialiki, ale tym razem się postarałam.
Dedykacja dla Nelsona za duuuużego kopa do dłuższej treści. Mam nadzieję, że teraz jest w miarę ok.
Miłej lekturki :*
-- Ojcze… - zaczął Lysander, wchodząc do zamkowego parku.
-- Tak, synu? Cóż cię do mnie sprowadza? – Gilberto
popatrzył na zatroskaną twarz chłopaka i uśmiechnął się pokrzepiająco.
-- Sen. Znowu mi się przyśnił. Wszystko tak samo jak
poprzednio.
-- Lysandrze, wiesz, że uważam to za zwykłe fanaberie i
urojenia. Jednakże pewne okoliczności zmuszają mnie do podjęcia pewnych
przedsięwzięć – widząc uniesioną pytająco brew syna, wstał i wyciągnął ku niemu
rękę. – Chodź. Jest pewne miejsce, które może ci pomóc.
Młody mężczyzna z wdzięcznością ujął
dłoń, czując zarazem niepewność. Nie chciał wierzyć, że ojciec aż tak łatwo mu
uwierzył. Nie był podejrzliwym człowiekiem, ale tak szybkie zaakceptowanie jego
informacji było więcej niż dziwne.
Do tej pory za każdym razem, kiedy
przychodził do króla, odsyłano go do najlepszych medyków w całym królestwie
Viperiteum. Aplikowano mu różnorodne zioła, maści, syropy, napary i Bóg jeden
wie, co jeszcze. W końcu po parunastu takich sytuacjach zachował sny dla
siebie. Stał się małomówny i zamknięty w sobie. Całe dnie przesiadywał w swoich
komnatach i nikogo do nich nie wpuszczał. Nie przeszkadzało mu to jednak. Wolał
uchodzić za nietowarzyskiego następcę tronu, niż nienormalnego następcę
tronu.
Tak rozmyślając, podążał za
rodzicielem korytarzem. Uświadomił
sobie, że jeszcze nigdy go nie widział, otrząsając z gorzkich myśli.
Zatrzymali się przed drzwiami, sprawiającymi już na pierwszy rzut oka mroczne wrażenie.
Zatrzymali się przed drzwiami, sprawiającymi już na pierwszy rzut oka mroczne wrażenie.
--
To tu – rzekł Gilberto, machając ręką, zachęcając syna do wejścia.
***
Znajdował się w ciemnej i zimnej
komnacie. Potrzebował długiej chwili, aby jego oczy przyzwyczaiły się do
panującej tam czerni. Rozglądał się dookoła, ale nie mógł nic dojrzeć. Żadnych
mebli, żadnych postaci. Nie podobało mu się to. Co ojciec chciał powiedzieć, że
to miejsce może mu pomóc?
-- Nareszcie… – ten chrapliwy głos sprawił, że podskoczył.
Gwałtownie się obrócił. To, co ujrzał przeszło jego najśmielsze wyobrażenia.
Stała, a
raczej lewitowała przed nim dziewczyna z jego snów. Wpatrywał się w nią z
niemym zachwytem. Wyglądała dokładnie tak samo, jak ją zapamiętał. Te same
włosy, te same oczy. Na jego twarzy malował się szok.
-- Pewnie zastanawiasz się, jak to jest możliwe, prawda –
podniósł głowę. Czy ona czyta mu w myślach? – Lysandrze, każdy widzi mnie tak,
jak chce zobaczyć. Twoje myśli ciągle zaprząta dziewczyna ze snów, więc ukazuję
się w takiej postaci. Twój ojciec przychodząc do mnie, ujrzał Elisabeth, gdyż
walczył o jej rękę. Jam jest Merliah, wieczna wyrocznia.
Już
otwierał usta, by zadać pytanie, gdy wyrocznia rozbłysła czerwonym światłem, a
z jej ust wydobył się jęk. Odsunął się z przerażeniem. Merliah zaczęła mówić,
ale słowa dochodziły jakby z trzech stron świata.
-- „Odnaleźć musisz Diament,
ostatni z kręgu,
nim wieści o jego mocy
doprowadzą do obłędu.
W sercu chytre plany knują,
ci, którzy już go poszukują.
Lecz, biada, jeśli skusisz się na potęgę -
skazany będziesz na wieczną mękę.
Nagrodą za podjęcie wyzwania
będą radosne serca drgania.”
ostatni z kręgu,
nim wieści o jego mocy
doprowadzą do obłędu.
W sercu chytre plany knują,
ci, którzy już go poszukują.
Lecz, biada, jeśli skusisz się na potęgę -
skazany będziesz na wieczną mękę.
Nagrodą za podjęcie wyzwania
będą radosne serca drgania.”
Wypowiedziawszy ostatnie zdanie,
znikła, pozostawiając za sobą swąd nadpalonego ciała.
***
Furia.
Tylko tak można było określić stan, w jakim znajdował się Lancelot, kiedy
odkrył, że dziewczyna się im wymknęła. Jak miał spojrzeć w oczy swojemu ojcu,
który wyraźnie zapowiedział, że jeżeli wrócą z pustymi rękami czeka ich kara
gorsza niż się spodziewają. Chłopak nie miał wątpliwości, że jego również to
dotyczy.
Spod kopyt
jego wierzchowca tryskały lawiną kamyczki i piach. Czuł, że Fellini opada z
sił, ale nie przeszkadzało mu to poganiać konia do szybszego biegu. Nie
wiedział, ile już tak pędzi. Miał wrażenie, że zaledwie kilkadziesiąt minut,
ale równie dobrze mogły być to godziny. Chciał uciec od trosk i problemów,
które zrzucił na jego młode braki Lavazzo.
Gwałtownie ściągnął
wodze. Fellini prychnął niezadowolony, ale posłusznie przeszedł do stępa. Mężczyzna
pochylił się do ciepłej szyi konia i oparł o nią czoło. Powoli uspokajał się,
wdychając znany zapach. Jak mógł być taki głupi? Jak w ogóle mógł pomyśleć, że
mu się nie udało? Przecież może
powiedzieć, że to przez straż ona im uciekła. Od dziecka uczony był, że nie musiał
brać na siebie winy, skoro mógł ją „oddać” komuś innemu. Uśmiechnął się mściwie
pod nosem. Tak, to był bardzo dobry pomysł.
Skierował ogiera
w stronę zamku i wbił pięty w boki konia. Po chwili zreflektował się i przepraszająco
poklepał Felliniego. Zwierzę było jedyną istotą, którą szanował i o którą się
troszczył. Wiedział, że to brzmi co najmniej dziwnie, ale zawsze kiedy miał
wszystkiego dość, spędzał czas w boksie konia, nie dopuszczając do niego
nikogo. W jego obecności uspokajał się. Tak, Fellini był jego najlepszym
przyjacielem.
Nieświadomie
pozwolił myślom popłynąć ku jego przeszłości. Rodzice wychowywali go z myślą,
że musi być najlepszy. Od najmłodszych lat uczył się fechtunku, jazdy konnej i
dobrych manier, chociaż owa umiejętność niewiele mu się przydawała. Nigdy nie
mógł pozwolić sobie na najmniejszy błąd.
W oczach ludzi
Lancelot był człowiekiem pozbawionym serca. Może nie tak okrutnym jak jego ojciec.
W tej kwestii, a i nie tylko, Lavazzo nie miał sobie równych. Jego syn był
głuchy na cierpienie innych. Ba, sam lubił zadawać ból. Mężczyzna zdawał sobie
sprawę, jak myślą o nim podwładni, ale usprawiedliwiał to tym, że jako następca
tronu powinien budzić strach i respekt. Chociaż… może gdyby…
Zrugał się w myślach za rozmyślania o przeszłości i gdybania „co by było gdyby”. Dobrze wiedział, że został wychowany tak, aby po śmierci ojca przejąć królestwo i rządzić nim, tak jak on. Jednak nie mógł pozbyć się głosu, który powtarzał, że mogło być inaczej… Usiłując go zagłuszyć, popędził w stronę zamku.
Zrugał się w myślach za rozmyślania o przeszłości i gdybania „co by było gdyby”. Dobrze wiedział, że został wychowany tak, aby po śmierci ojca przejąć królestwo i rządzić nim, tak jak on. Jednak nie mógł pozbyć się głosu, który powtarzał, że mogło być inaczej… Usiłując go zagłuszyć, popędził w stronę zamku.
***
Nic nie
rozumiał. Co miała oznaczać przepowiednia, którą wygłosiła Merliah? Dlaczego miał
odnaleźć Diament, nim wszyscy popadną w obłęd? A co najważniejsze, kim do
diaska był Diament? Miał nieodparte przeczucie, że wiąże się to w jakiś sposób
z dziewczyną z jego snu.
Mimo wszystko
wizja przygody – i być może rozwiązania nurtującego go problemu – była dla
Lysandra kusząca. Już od dawna chciał wyjechać poza granice królestwa. Zobaczyć
świat. Poznać ludzi. Zakochać się.
Podjął decyzję.
Wyruszy o świcie. Rodzicom napisze list z wyjaśnieniami. Wiedział, że jeżeli
powie im o swoich zamiarach będą go od tego odwodzić. Nikomu nie pozwoli
wpłynąć na jego plan. Nie, od tej chwili działa sam. Na jego warunkach.
***
-- Nie obchodzi mnie, że uciekła! Miała tu być! – Lavazzo aż
kipiał ze złości. Byli tak blisko schwytania tej dziewczyny! Nic nie mogło
pójść źle!
-- Ojcze, ona była sprytniejsza…
-- Milcz! Nie interesuje mnie, jaka ona była, ani kto tu
zawinił – władca niebezpiecznie zmrużył oczy. – Masz ją tu sprowadzić. Możesz ją
porwać, uwieść lub co tam jeszcze wymyślisz. Ona ma być tutaj. Rozumiesz?
Lancelot przełknął ślinę. Jeszcze nigdy nie widział ojca w
takim stanie. Skinął głową i szybko wycofał się do drzwi. Już miał nacisnąć
klamkę, kiedy dobiegł go szept nie wiadomo skąd:
-- Szukaj Ellhora…
Intryguje ta przepowiednia i ogólnie cała otoczka bloga, jest taka klimatyczna i niesamowicie fascynująca :) Czekam na ciąg dalszy bardzo niecierpliwie! :)
OdpowiedzUsuńOjej, dziękuję bardzo za dedykację! :*
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału - jak na razie wszystko pozostaje niewyjaśnione. Wszędzie tajemnice, tajemnice, i jeszcze raz tajemnice. To sprawia, że aż się chce ciągle tu wpadać i sprawdzać, czy przypadkiem nie ma nowego rozdziału. Ten kojarzy mi się trochę z klimatem z Gry o Tron. Nie mogę napisać dużo, bo bym się tylko powtarzała. Tak więc to samo co pod ostatnim rozdziałem napisałam - cudowne! Po prostu sam twój pomysł na to opowiadanie tak mnie zauroczył, że to jest aż niemożliwe. Jest bardzo oryginalny, i dobrze że ktoś zdecydował się napisać coś na inny temat, a nie ciągle same Dramione czy inne Potterowskie bzdety - i wcale sama nie mam opowiadania o Dramione, no coś ty!
Ciekawi mnie bardzo, za co w ogóle Sorrina jest ścigana, i po kiego Lavazzo tak się wyżywa na biednym Lancelocie? Widać, że chłopak żyje pod presją ojca i ciężko mu z tym. No i ciekawi mnie o co chodzi z tą wyrocznią i Lysandrem. Mam dziwne przeczucie, że tym Diamentem jest Sorrina, ale znając mnie pewnie się mylę :)
No cóż, czekam niecierpliwie na rozdział trzeci, który mam nadzieję, że pojawi się szybko :)
Pozdrawiam :*
[obliviate-me-please]
Ty, dopiero teraz skojarzyłam tytuł bloga! :)
UsuńŚwietnee ! :3 Czekam na nn ;3
Usuń