09 sierpnia 2013

Rozdział II

Witam, witam :) 
Dziękuję Wam za tyle pozytywnych komentarzy pod poprzednim rozdziałem. Jesteście cudowne. Dzięki Wam rozdział jest dłuższy od poprzedniego - ma trzy strony. Dotychczas zawsze pisałam króciutkie rozdzialiki, ale tym razem się postarałam. 
Dedykacja dla Nelsona za duuuużego kopa do dłuższej treści. Mam nadzieję, że teraz jest w miarę ok.
Miłej lekturki :*


-- Ojcze… - zaczął Lysander, wchodząc do zamkowego parku.
-- Tak, synu? Cóż cię do mnie sprowadza? – Gilberto popatrzył na zatroskaną twarz chłopaka i uśmiechnął się pokrzepiająco.
-- Sen. Znowu mi się przyśnił. Wszystko tak samo jak poprzednio.
-- Lysandrze, wiesz, że uważam to za zwykłe fanaberie i urojenia. Jednakże pewne okoliczności zmuszają mnie do podjęcia pewnych przedsięwzięć – widząc uniesioną pytająco brew syna, wstał i wyciągnął ku niemu rękę. – Chodź. Jest pewne miejsce, które może ci pomóc.
   Młody mężczyzna z wdzięcznością ujął dłoń, czując zarazem niepewność. Nie chciał wierzyć, że ojciec aż tak łatwo mu uwierzył. Nie był podejrzliwym człowiekiem, ale tak szybkie zaakceptowanie jego informacji było więcej niż dziwne.
   Do tej pory za każdym razem, kiedy przychodził do króla, odsyłano go do najlepszych medyków w całym królestwie Viperiteum. Aplikowano mu różnorodne zioła, maści, syropy, napary i Bóg jeden wie, co jeszcze. W końcu po parunastu takich sytuacjach zachował sny dla siebie. Stał się małomówny i zamknięty w sobie. Całe dnie przesiadywał w swoich komnatach i nikogo do nich nie wpuszczał. Nie przeszkadzało mu to jednak. Wolał uchodzić za nietowarzyskiego następcę tronu, niż nienormalnego następcę tronu.
   Tak rozmyślając, podążał za rodzicielem korytarzem. Uświadomił sobie, że jeszcze nigdy go nie widział, otrząsając z gorzkich myśli.
   Zatrzymali się przed drzwiami, sprawiającymi już na pierwszy rzut oka mroczne wrażenie.
-- To tu – rzekł Gilberto, machając ręką, zachęcając syna do wejścia.
***
   Znajdował się w ciemnej i zimnej komnacie. Potrzebował długiej chwili, aby jego oczy przyzwyczaiły się do panującej tam czerni. Rozglądał się dookoła, ale nie mógł nic dojrzeć. Żadnych mebli, żadnych postaci. Nie podobało mu się to. Co ojciec chciał powiedzieć, że to miejsce może mu pomóc?
-- Nareszcie… – ten chrapliwy głos sprawił, że podskoczył. Gwałtownie się obrócił. To, co ujrzał przeszło jego najśmielsze wyobrażenia.
   Stała, a raczej lewitowała przed nim dziewczyna z jego snów. Wpatrywał się w nią z niemym zachwytem. Wyglądała dokładnie tak samo, jak ją zapamiętał. Te same włosy, te same oczy. Na jego twarzy malował się szok.
-- Pewnie zastanawiasz się, jak to jest możliwe, prawda – podniósł głowę. Czy ona czyta mu w myślach? – Lysandrze, każdy widzi mnie tak, jak chce zobaczyć. Twoje myśli ciągle zaprząta dziewczyna ze snów, więc ukazuję się w takiej postaci. Twój ojciec przychodząc do mnie, ujrzał Elisabeth, gdyż walczył o jej rękę. Jam jest Merliah, wieczna wyrocznia.
   Już otwierał usta, by zadać pytanie, gdy wyrocznia rozbłysła czerwonym światłem, a z jej ust wydobył się jęk. Odsunął się z przerażeniem. Merliah zaczęła mówić, ale słowa dochodziły jakby z trzech stron świata.
-- „Odnaleźć musisz Diament,
ostatni z kręgu,
nim wieści o jego mocy
doprowadzą do obłędu.
W sercu chytre plany knują,
ci, którzy już go poszukują.
Lecz, biada, jeśli skusisz się na potęgę -
skazany będziesz na wieczną mękę.
Nagrodą za podjęcie wyzwania
będą radosne serca drgania.”
   Wypowiedziawszy ostatnie zdanie, znikła, pozostawiając za sobą swąd nadpalonego ciała.
***
   Furia. Tylko tak można było określić stan, w jakim znajdował się Lancelot, kiedy odkrył, że dziewczyna się im wymknęła. Jak miał spojrzeć w oczy swojemu ojcu, który wyraźnie zapowiedział, że jeżeli wrócą z pustymi rękami czeka ich kara gorsza niż się spodziewają. Chłopak nie miał wątpliwości, że jego również to dotyczy.
   Spod kopyt jego wierzchowca tryskały lawiną kamyczki i piach. Czuł, że Fellini opada z sił, ale nie przeszkadzało mu to poganiać konia do szybszego biegu. Nie wiedział, ile już tak pędzi. Miał wrażenie, że zaledwie kilkadziesiąt minut, ale równie dobrze mogły być to godziny. Chciał uciec od trosk i problemów, które zrzucił na jego młode braki Lavazzo.
   Gwałtownie ściągnął wodze. Fellini prychnął niezadowolony, ale posłusznie przeszedł do stępa. Mężczyzna pochylił się do ciepłej szyi konia i oparł o nią czoło. Powoli uspokajał się, wdychając znany zapach. Jak mógł być taki głupi? Jak w ogóle mógł pomyśleć, że mu się nie udało?  Przecież może powiedzieć, że to przez straż ona im uciekła. Od dziecka uczony był, że nie musiał brać na siebie winy, skoro mógł ją „oddać” komuś innemu. Uśmiechnął się mściwie pod nosem. Tak, to był bardzo dobry pomysł.
   Skierował ogiera w stronę zamku i wbił pięty w boki konia. Po chwili zreflektował się i przepraszająco poklepał Felliniego. Zwierzę było jedyną istotą, którą szanował i o którą się troszczył. Wiedział, że to brzmi co najmniej dziwnie, ale zawsze kiedy miał wszystkiego dość, spędzał czas w boksie konia, nie dopuszczając do niego nikogo. W jego obecności uspokajał się. Tak, Fellini był jego najlepszym przyjacielem.
   Nieświadomie pozwolił myślom popłynąć ku jego przeszłości. Rodzice wychowywali go z myślą, że musi być najlepszy. Od najmłodszych lat uczył się fechtunku, jazdy konnej i dobrych manier, chociaż owa umiejętność niewiele mu się przydawała. Nigdy nie mógł pozwolić sobie na najmniejszy błąd.
   W oczach ludzi Lancelot był człowiekiem pozbawionym serca. Może nie tak okrutnym jak jego ojciec. W tej kwestii, a i nie tylko, Lavazzo nie miał sobie równych. Jego syn był głuchy na cierpienie innych. Ba, sam lubił zadawać ból. Mężczyzna zdawał sobie sprawę, jak myślą o nim podwładni, ale usprawiedliwiał to tym, że jako następca tronu powinien budzić strach i respekt. Chociaż… może gdyby…
   Zrugał się w myślach za rozmyślania o przeszłości i gdybania „co by było gdyby”. Dobrze wiedział, że został wychowany tak, aby po śmierci ojca przejąć królestwo i rządzić nim, tak jak on. Jednak nie mógł pozbyć się głosu, który powtarzał, że mogło być inaczej… Usiłując go zagłuszyć, popędził w stronę zamku. 
***
   Nic nie rozumiał. Co miała oznaczać przepowiednia, którą wygłosiła Merliah? Dlaczego miał odnaleźć Diament, nim wszyscy popadną w obłęd? A co najważniejsze, kim do diaska był Diament? Miał nieodparte przeczucie, że wiąże się to w jakiś sposób z dziewczyną z jego snu.
   Mimo wszystko wizja przygody – i być może rozwiązania nurtującego go problemu – była dla Lysandra kusząca. Już od dawna chciał wyjechać poza granice królestwa. Zobaczyć świat. Poznać ludzi. Zakochać się.
   Podjął decyzję. Wyruszy o świcie. Rodzicom napisze list z wyjaśnieniami. Wiedział, że jeżeli powie im o swoich zamiarach będą go od tego odwodzić. Nikomu nie pozwoli wpłynąć na jego plan. Nie, od tej chwili działa sam. Na jego warunkach.
***
-- Nie obchodzi mnie, że uciekła! Miała tu być! – Lavazzo aż kipiał ze złości. Byli tak blisko schwytania tej dziewczyny! Nic nie mogło pójść źle!
-- Ojcze, ona była sprytniejsza…
-- Milcz! Nie interesuje mnie, jaka ona była, ani kto tu zawinił – władca niebezpiecznie zmrużył oczy. – Masz ją tu sprowadzić. Możesz ją porwać, uwieść lub co tam jeszcze wymyślisz. Ona ma być tutaj. Rozumiesz?
   Lancelot przełknął ślinę. Jeszcze nigdy nie widział ojca w takim stanie. Skinął głową i szybko wycofał się do drzwi. Już miał nacisnąć klamkę, kiedy dobiegł go szept nie wiadomo skąd:
-- Szukaj Ellhora…

04 sierpnia 2013

Rozdział I


Witam :)
Ukończony rozdział pierwszy, szybciej niż przypuszczałam. Jednak od razu informuję, że następny dopiero za trzy, cztery dni. 
Dedykacja dla wszystkich, którzy skomentowali poprzednią notkę. Dziękuję, że czytacie :*
Miłej lektury :)


   Sorrina przechadzała się po miasteczku, patrząc z obrzydzeniem, jak sługusy Lavazzy dobierają się do kobiet sprzedających na straganach. Wiedziała, że w Agavergi czycha na nią największe niebezpieczeństwo, ale była pewna, że to ostatnie miejsce, w którym będą jej szukać.
   Wzdrygnęła się na samą myśl, że mogliby ją schwytać. Za nic nie chciała trafić przed oblicze władcy Durhamu. Słyszała o jego metodach rozwiązywania problemów w królestwie i o tym, jak karał ludzi, którzy nie spełnili jego wymagań.
-- Sorrina, psst… – podskoczyła, czując, że ktoś łapie ją za rękę. Obróciła się i uśmiechnęła się na widok małego pyzatego chłopca.
-- Tony, co tu robisz? Wiesz, że nie wolno ci tu przebywać – strofowała go, jednocześnie śmiejąc się w duchu z jego miny. Wyglądał jak oburzony krasnolud.
-- Ci panowie w czarnych pelerynach tu idą. Nie wyglądają miło.
Dziewczyna zamarła. Nie, to nie może być prawda. Nie mogli jej zauważyć. Kątem oka spojrzała do tyłu i momentalnie podjęła decyzję.
-- Schowaj się w tej wnęce. Tylko szybko. Nie wychodź dopóki oni sobie nie pojadą, dobrze? Bądź grzecznym chłopcem.
   Sama puściła się w rozpaczliwą ucieczkę. Byle dalej od nich. Słyszała krzyki, lawirowała między stoiskami, ignorowała wyrazy twarzy ludzi. Dobiegała do pobliskiego lasku, ale opadała z sił. Z trudem łapała powietrze. Odważyła się zerknąć za siebie i z ulgą stwierdziła, że są około stu metrów za nią. Wykrzesała z siebie resztki sił i wpadła w las. Zboczyła ze ścieżki i przedzierając się przez chaszcze, szukała schronienia.
   Przez chwilę zwłoki odległość znacznie się zmniejszyła, co utrudniało sprawę. Traciła nadzieję. Już miała się poddać, kiedy zauważyła dół przysłonięty paprociami. Nie zważając, na to, że mogłaby to być jakaś pułapka na zwierzynę, wskoczyła do dziury. Starała się nie sapać głośno, by nie zwrócić na siebie uwagi. Zaciskała pięści, raniąc sobie wnętrze dłoni. Cała dygotała.
   Przerażenie przerodziło się w panikę, kiedy zobaczyła, że przechodzą koło jej kryjówki. Skuliła się i powtarzała jak mantrę: „Nie złapią mnie, nie złapią. Spokojnie…”. Słyszała ich i czuła, że są coraz bliżej.
-- Adrien, ruszaj się. Musimy ją złapać. Pan nie daruje nam kolejnej bezowocnej wyprawy – warczał jeden z nich. Odpowiedział mu delikatny, miękki głos zupełnie niepasujący do sługi Lavazzy:
-- Wiem, Lancelocie, wiem. Nie musisz mi przypominać, co zrobił poprzednio.
-- Ciebie ukarał najmocniej, Adrienie, bo taki miał kaprys. Równie dobrze na twoim miejscu mógłby być Jase, Lucjusz lub Caspian.
-- Oczywiście, wszyscy, tylko nie ty. Synalka zawsze oszczędzi.
-- Licz się ze słowami, sługo – warknął Lancelot, zbliżając się niebezpiecznie blisko do Adriena.
-- Przestańcie. Mamy zadanie do wykonania. Nie marnujmy czasu na wasze przepychanki – przerwał im drugi mężczyzna. – Rozdzielmy się. W ten sposób łatwiej ją znajdziemy, jeżeli jest w tym lesie.
-- Dobry pomysł, Jase. Ja pójdę w lewo, Lucjusz w prawo, Adrien prosto, a ty dokładnie przeszukasz to miejsce. Ruszajmy – w odpowiedzi usłyszał jedynie zgrzyt trzech par zębów. Jak zwykle nie dopuszczał słowa sprzeciwu. Z westchnieniem każdy udał się w swoją stronę.
***
   Jase zaciskał pięści, zęby i wszystko, co mógł jeszcze zacisnąć. Ciężko stąpał po leśnym podszyciu. Nie koncentrował się na wyznaczonym mu zadaniu, lecz na sobie. Nieuwagę przypłacił wpadnięciem do dziury. Pech chciał, że właśnie w niej kryła się Sorrina.
   W pierwszej chwili dziewczyna nie wiedziała, co się dzieje. Dopiero później doszło do niej, że jeden z ludzi znajduje się wraz z nią w jej kryjówce.  Przełknęła ślinę, nie wykonując najmniejszego ruchu. Wpatrywała się w szeroko otwarte oczy chłopaka. Był równie zdumiony co ona. Nie spodziewał się, że szczęście się do niego uśmiechnie.
   Lustrował ją wzrokiem. Nie mógł uwierzyć, że władca kazał im szukać zwykłej wieśniaczki. Zastanawiał się, co mogło być w niej takiego niezwykłego, skoro całe królestwo zostało zaangażowane w jej pojmanie, a nawet wyznaczono nagrodę. Siedząca naprzeciw niego dziewczyna odziana była w szary znoszony płaszcz i rozpadające się trzewiki. Jej twarz poorana była bruzdami, wyglądała jak u sześćdziesięciolatki. Długie włosy w odcieniu szarawego blondu, kiedyś mogły być kasztanowe. Powiedzieć, że była mało urodziwa, byłoby zbyt delikatnie.
   Chłopak sięgnął do pasa, aby wyciągnąć róg i zawiadomić pozostałych o sukcesie. W tym samym momencie Sorrina rzuciła się na niego. Wytrąciła mu instrument z ręki, a w jej dłoni błysnął maleńki sztylet. Nachyliła się do niego i warknęła:
-- Jeden ruch, a to ostrze będzie miało nową pochwę – nerwowo odetchnął.
   „Skąd w takim chuchru tyle agresji?” – myślał. Spróbował przesunąć rękę w stronę rogu, ale równocześnie poczuł przeszywający ból w szyi. Charknął, a jego usta napełniły się krwią. Dziewczyna wpatrywała się w niego z obrzydzeniem. Nie wiedział, że było ono skierowanie wyłącznie do niej samej.
   Dziewka szybko podniosła się z klęczek. Musiała znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Nie mogła patrzyć na to, co zrobiła. Nie chciała uciekać się do przemocy, ale wszystko stało się jakby zupełnie podświadomie. Impuls. Tylko tak zdołała to wyjaśnić.
   Wystawiła głowę ponad krawędź dołu i szybko ogarnęła wzrokiem okolice. Było cicho jak makiem zasiał. Uznała, że wszyscy oddalili się na tyle, że mogła bezpiecznie wrócić do miasteczka. Powoli wygramoliła się z nory. Zakasała płaszcz i pomknęła jak strzała w stronę Agavergii. Biegnąc, powtarzała w myślach: „Udało się, tym razem się udało.”
***
   Chcąc nie chcąc Lancelot musiał przyznać, że dziewczyna miała talent do ukrywania się. W królestwie Durham tą cechą mogły poszczycić się co najwyżej dwie osoby. Nikt, absolutnie nikt nigdy nie umknął czujnym oczom straży Lavazzy.
   Po prawie półgodzinnych poszukiwaniach zadął w róg dwa razy, co oznaczało: „Koniec. Nic nie mamy”. Wrócił na miejsce rozdzielenia, klnąc pod nosem. Jemu zawsze wszystko się udawało. Zawsze był najlepszy. Miał co najlepsze. A tu taka wieśniaczka po prostu go ograła! Oparł się o drzewo i poczuł odór. Zmarszczył nos. Pochylił się. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. W dole leżał Jase, a z jego szyi wypływał strumyczek krwi. Od razu wiedział kto to zrobił i jak dawno. Zacisnął pięści. Była cwana, dużo bardziej niż przypuszczał.
-- Lancelocie? Co tam jest? – usłyszawszy, że Lucjusz przybył, wskazał ręką na obiekt zainteresowania. – Co do diabła… Kto to zrobił?
-- Ona, Lucjuszu. Natychmiast wracamy do zamku. Zrozumiano?
-- Tak, Książę – strażnik pokłonił się nisko. – Adrien się zbliża. Ruszajmy.

   W dwóch zdaniach wyjaśnili sytuację chłopakowi i pędem pognali do miasteczka. Nie zauważyli, że obserwowała ich para błękitnych oczu okolonych czarnymi rzęsami. 

03 sierpnia 2013

PROLOG

A więc zapraszam na prolog :) Dedykacja dla cioci Venik :)

   
   Odgłos kroków niósł się głuchym echem po kamiennym korytarzu. Wysoki postawny mężczyzna zatrzymał się przed bogato zdobionymi drzwiami, skinął głową dwóm strażnikom, a uzyskawszy nieme przyzwolenie, wszedł do komnaty.
   Za każdym razem, kiedy stawał przed obliczem swojego pana przeszywał go dreszcz. Lavazzo był jednym z najbardziej okrutnych ludzi. Doskonale pamiętał, jakie ciężkie kary dawał władca. Nieraz wił się z bólu, marząc o zakończeniu tortur.
Otrząsając się ze strachu, ukłonił się nisko i szepnął służalczym głosem:
-- Mój Panie…
-- Adrien… Czekałem na ciebie. Liczę, że tym razem masz dla mnie zadowalające wieści. Nie chciałbym znowu słyszeć twoich krzyków – wysyczał władca. Uśmiechnął się paskudnie i łaskawie skinął ręką. – Mów, proszę.
-- Znalazłem ją, Panie. Znalazłem Diament – widząc aprobatę w oczach Lavazzy, kontynuował: - Dziewczyna ukrywa się w Agavergi.
-- Dobrze się spisałeś, sługo. Na tym twoje zadanie się kończy. Możesz odejść. Dzięki tobie mam dobry humor.
W odpowiedzi sługa jedynie się skrzywił. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, z cienia wyszedł Vasuki. Był „prawą ręką” króla, doradcą, osobą, która nigdy nie zawodzi.  Mężczyzna był niski i krępy, przez co zawsze był obiektem drwin i śmiechów. Jednak nikt nigdy nie odważył się powiedzieć mu tego wprost.
   Drżącą ręką przesunął po przerzedzonych włosach, widząc drapieżny uśmiech. Wiedział, że taki wyraz twarzy może oznaczać tylko jedno – jego senior opracował plan, który był odstępstwem od wszelkiej moralności, przyzwoitości i honoru. Miał tylko być wypełniony. Podniósł głowę i oczekiwał na rozkaz.
-- Vasuki, przyślij do mnie Lancelota. Czeka go wycieczka do Agavergi...

***

   Stał na krawędzi. Tuż pod nim był wąski klif i wyszczerbione skały. Odparowywał pchnięcia, ale czuł, że dłużej już nie da rady. W fechtunku był najlepszy, ale nawet jego mentor po dwugodzinnej walce padłby z wycieńczenia. Jego przeciwnik był silniejszy i bardziej wytrzymały. Powoli znajdował się coraz bliżej spadku. Serce chciało wyskoczyć mu z piersi. Drżące nogi odmawiały współpracy.
   Wtedy ją zobaczył. Piękną dziewczynę o miodowozłotych falach. W jej lazurowych oczach czaiło się przerażenie. Chłopak zastanawiał się, co ją tak poruszyło, ale w tym samym momencie otrzymał odpowiedź. Jego rywal wykonał fintę, a on sam poczuł piekący ból w piersi. Zatoczył się i runął w dół…
   Lysander gwałtownie usiadł na łożu. Ciężko oddychał. Ten sen. Śnił mu się co noc od dłuższego czasu. Nie wiedział, co może oznaczać. Ta dziewczyna. Jej oczy. Wydawało mu się, że już gdzieś ją widział. Myśli wirowały w jego głowie. Nie chciał wierzyć, że była tylko snem. 
   Jedyne, co jeszcze pamiętał, to blask, który w pewnym momencie wydobył się z jej piersi. Potem była tylko ciemność.

Słowem wstępu

Witam wszystkich, którzy trafili na tego bloga :)
Będę na nim umieszczała swoje opowiadanie. Mam nadzieję, że się wam spodoba. Jestem gotowa na krytykę, ale z klasą i uzasadnioną, bez zdań typu: "Jesteś beznadziejna!"; itp. Takiej nie będę czytać i brać do siebie.
Bloga założyłam dzięki Venetii Noks.
Dziękuję Ci, kochana :*
Opowiadanie jest całkowicie moje. Mogę jedynie bazować na niektórych książkach, ale tylko bazować. 
Miało być "słowem", a wyszło znacznie więcej :D
Zapraszam na prolog, który za chwilę się pojawi i życzę miłej lektury .
Acaila

Kopiowanie zawartości bloga jest zabronione!